KOBE ‘Black Mamba’ BRYANT – MENTALNOŚĆ MAMBY I OBSESJA WYGRYWANIA

KOBE ‘Black Mamba’ BRYANT – MENTALNOŚĆ MAMBY I OBSESJA WYGRYWANIA

 

 

 

Dzień dobry, dzień dobry, z tej strony Bartłomiej Florek – oproblemachinaczej.pl

Dzisiejszy wpis, a co za tym idzie program jest poświęcony ikonie świata koszykówki, której światło lśni do dzisiaj, pomimo tego, że jego samego już tutaj nie ma. Program ten kieruję przede wszystkim do sportowców, którzy choćby zmagają czy zmagali się z kontuzjami i wydaje im się, podkreślam – WYDAJE IM SIĘ, że nic już nie będzie takie samo i że czas zejść ze sceny. Kieruję go również do osób, które rzecz jasna są skuteczne w tym, co robią, ale chcą jeszcze mocniej, jeszcze szybciej, jeszcze więcej i przede wszystkim SKUTECZNIE – niezależnie od okoliczności.

 

Kobe ‘Black Mamba’ Bryant, którego nikomu nie trzeba przedstawiać, ale jak przyjdzie co do czego, to jedyne, co o nim powiesz, to prawdopodobnie, że grał w Lakers i że był wybitnym koszykarzem. Co natomiast powiem Ci ja? Zdecydowanie więcej, bo opowiem Ci pewnego rodzaju historię, która dogłębnie i dosadnie przedstawia Ci jego postawę ‘Black Mamby’, a co za tym idzie – obsesji na punkcie WYGRYWANIA i bycia jak to się dzisiaj mówi “high performance”. Wszystko to poczynię w oparciu o słowa samego Kobe’go i nie tylko Jego. Ognia do tej mieszanki WYGRYWANIA i OBSESJI dołoży nie kto inny, jak Tim Grover, z którym Kobe współpracował na tle fizycznym i mentalnym. Tak, to ten Tim Grover od klasyfikacji ludzi na 3 poziomach – przerabiacz, domykacz, WYMIATACZ i ten sam, który twierdzi, że dziecko rodzi się NIEUSTĘPLIWE i przyuczone do “dobra”.

 

Fragmenty wykorzystane w tym materiale pochodzą z książki „Mentalność Mamby. Jak zwyciężać” autorstwa Kobe Bryanta (we współpracy z Andrew D. Bernsteinem), wydanej w Polsce przez Wydawnictwo SQN. Cytaty zostały przytoczone zgodnie z prawem cytatu i służą jako punkt wyjścia do analizy i komentarza.

 

Niektóre fragmenty mają w sobie tyle pozytywnego jadu, że mój komentarz to będzie tylko minimum z minimum, bo słowa Kobego mówią same za siebie. Natomiast Ty pamiętaj oczywiście o tym, że nie daje Ci tutaj jedynego słusznego podejścia i magicznej tabletki, która działa na każdego w ten sam sposób. Jak w każdym moim programie – pragmatyzm, pragmatyzm i jeszcze raz kurwa pragmatyzm, dla tych, którzy dalej wiedzą, ale nie rozumieją, albo po prostu udają, że nie wiedzą i nie rozumieją, albo po prostu ani nie wiedzą, ani nie rozumieją.

 

Nim jeszcze zaczniemy.. suche fakty.

  1. 33 643 – suma punktów zdobytych przez Kobego w Jego karierze w sezonie zasadniczym
  2. 81 – tyle punktów zdobył w pojedynczym meczu
  3. 37 – tyle lat miał Kobe, kiedy zdobył 60 punktów w swoim ostatnim meczu w NBA
  4. 20 – tyle sezonów rozegrał w barwach Los Angeles Lakers
  5. 18 – tyle lat miał, kiedy rozegrał swój pierwszy mecz w NBA
  6. 5 – tyle tytułów mistrzowskich zdobył
  7. 2 – Dwie nagrody MVP finałów, dwa tytuły króla strzelców NBA, dwa złote medale olimpijskie

 

„Chodziło mi o to, że jeśli chciałem włączyć do swojej gry coś nowego, musiałem próbować to robić od razu. Nie bałem się popełnić błędu, tego, że coś wypadnie śmiesznie albo nieudolnie. A to dlatego, że z tyłu głębszych warstw miałem efekt – i to dawało ogromny długookresowy rezultat. Zawsze koncentrowałem się na tym, żeby próbować nowych rzeczy, a kiedy mi się to nie udawało, wiedziałem, że mam do dyspozycji ogromną broń. I jeśli cena za to miała być dużo pracy i kilka nieciekawych zagrań, to w porządku.

Od samego początku chciałem być najlepszy. Miałem w sobie ciągły głód, pragnienie, żeby grać coraz lepiej i żeby być najlepszym. Nigdy nie potrzebowałem żadnych zewnętrznych bodźców, żeby się dodatkowo zmotywować.

(…) Mój umysł działał w prosty sposób: rozprawić się. Niezależnie od tego, czy jest Al, Tracy, Vince, a gdyby miało to miejsce dziś – LeBron, Russel czy Stephen – moim celem było zawsze jedno: rozprawić się. A żeby to zrobić, żeby dopasować do siebie wszystkie elementy układanki, byłem gotów pracować ciężej od wszystkich. I bardzo mi się to podobało.”

 

Jeśli chodziło o koszykówkę, Kobe nie bał się niczego. To zdanie nie brzmi jak frazes z poradnika, tylko jak deklaracja wojny. On od początku wiedział, że jeśli chce coś włączyć do swojej gry, to musi to testować od razu. I nie obchodziło go, że coś może wyjść komicznie, nieudolnie, że publika będzie szeptać: „ale spieprzył zagranie”. Dla niego to nie była kompromitacja, to była inwestycja. Każdy błąd – surowiec. Każda porażka – dane do analizy. On rozumiał coś, czego większość ludzi nigdy nie ogarnie: że postęp rodzi się z upokorzeń, a nie z komfortu.

 

I tu jest cała magia Mamba Mentality. Kobe miał obsesję nie na punkcie wygrywania w danym momencie, ale na punkcie stawania się coraz lepszym. Jeśli coś mu nie wychodziło – nie spalał się, nie uciekał. Wchodził w to jeszcze głębiej. To różnica między kimś, kto chce wyglądać dobrze, a kimś, kto chce być najlepszy.

 

Zauważ, że on od samego początku miał w sobie ten nienasycony głód. Nie potrzebował motywacyjnych cytatów, nie musiał słuchać coacha, który mu mówi: „dasz radę”. To był ogień wewnętrzny, drive. Motywacja jest dla tych, którzy muszą się podniecać zewnętrznymi bodźcami, żeby ruszyć dupę. Kobe tego nie potrzebował. On miał w głowie tylko jedną mantrę: rozprawić się. Z kimkolwiek. Allen Iverson? Rozprawić się. Tracy McGrady? Rozprawić się. LeBron, Russ, Steph? To bez znaczenia – celem zawsze było domknięcie sprawy.

 

I teraz – wejdźmy tu z Timem Groverem i jego „Nieustępliwym”. Grover dzieli zawodników na trzy kategorie: Coolers, Closers i Cleaners. Cooler radzi sobie, kiedy sytuacja sprzyja. Closer potrafi dowieźć, gdy jest potrzebny. Ale Cleaner? Cleaner nie zna innego trybu niż wygrywanie. On wychodzi, bierze to, co chce, i nikogo nie pyta o pozwolenie. Kobe był właśnie takim Cleanerem. Nie kalkulował, nie porównywał się. Po prostu dominował.

 

Co ważne – on naprawdę lubił ciężką pracę. Dla niego harówka, której inni nienawidzili, była przyjemnością. Zamiast bać się bólu, Kobe go adoptował. Zamiast unikać presji – traktował ją jak narkotyk. To jest coś, co psychologia opisuje jako rekalibracja stresu: kiedy bodziec, który dla przeciętnego człowieka jest źródłem paniki, staje się dla ciebie źródłem energii.

 

I tu jest sedno Black Mamby: porażka nie była końcem, była narzędziem. Błąd nie był wstydem, był upgrade’em. Najlepszy nie potrzebuje motywacji, bo sam jest dla siebie paliwem. A ciężar, który innych łamie – dla niego był zabawką.

 

Dlatego, kiedy Kobe mówi: „Jeśli chodzi o koszykówkę, nie bałem się niczego” – to nie jest metafora. To instrukcja obsługi. Jeśli chcesz wejść na poziom, na którym przestajesz się oglądać na innych i zaczynasz naprawdę rządzić, musisz przeprogramować głowę tak, jak on. Strach zamienić w ciekawość. Presję w narkotyk. A ciężką pracę w ulubioną rozrywkę.

 

To jest Mamba Mentality.

 

„Od najwcześniejszych lat rozumiałem, że film stanowi potężne narzędzie. Zaczynasz oglądać to, co się wydarzyło, i możesz uzyskać wgląd w to, co się wydarzy. (…) Studiowanie filmów było wyzwaniem, które zawsze mnie pasjonowało. Dzięki temu mogłem być krok przed innymi. (…) Mogłem przeanalizować nogi obrońcy i przewidzieć, że ześlizgnie się do tego miejsca na parkiecie, a ja będę miał otwartą drogę do kosza. (…)

 

„Trening umysłowy był równie ważny, jak trening fizyczny. Każdy mógł ciężko pracować w siłowni, ale nie każdy potrafił przewidzieć ruchy przeciwnika i dostosować się w czasie rzeczywistym. (…) Wiedza, którą zdobyłem, była kluczowa. Dla mnie NBA naprawdę była jak szachy.”

 

Kobe mówił, że studiowanie filmów kręci się wokół detali. I tu jest jego przewaga, której większość graczy nigdy nie rozumiała. Dla nich film to było „obejrzymy mecz, zobaczymy parę akcji”. Dla niego – to była inżynieria umysłu. Kobe traktował taśmy jak laboratorium. Patrzył, gdzie obrońca ustawia nogi, jak przenosi ciężar, kiedy tracą równowagę, a kiedy się spóźniają o pół sekundy. To było przewidywanie przyszłości na podstawie mikro sygnałów. On nie tylko grał mecz – on go czytał.

 

I tu zaczyna się to, co on nazywał trenowaniem umysłu. Bo każdy może zapierdalać na siłowni. Każdy może podnosić ciężary, robić sprinty, pocić się do utraty tchu. Ale ilu potrafi przewidzieć ruch przeciwnika, zanim ten jeszcze go zrobi? Ilu potrafi zobaczyć trzy posunięcia do przodu, jak w szachach? Kobe traktował NBA jak planszę, na której każdy ruch był konsekwencją poprzedniego. To była gra na poziomie metastrategii.

 

Tu właśnie wychodzi różnica między zwykłym zawodnikiem a Cleanerem w rozumieniu Tima Grovera. Cooler reaguje na to, co się dzieje. Closer potrafi znaleźć rozwiązanie, gdy jest kryzys. Ale Cleaner? Cleaner pisze scenariusz zanim inni wejdą na scenę. I to robił Kobe. On już wideoanalizą ustalał, co się wydarzy, a potem tylko wchodził i realizował to, co wcześniej zaplanował.

 

Pomyśl o tym psychologicznie. To jest trening predykcji – wyostrzenie umysłu na bodźce, które większość pomija. Zamiast dać się zalewać chaosem meczu, on filtruje detale. To przypomina mentalność snajpera: widzi mikroruch ramienia, drgnięcie mięśnia, drobiazg, który innym umyka, a dla niego oznacza przewagę.

 

I teraz najlepsze: Kobe mówił, że to sprawiało mu frajdę. Nie tylko praca na siłowni, nie tylko bieganie do utraty tchu – ale właśnie ten proces rozszyfrowywania gry. NBA była dla niego jak szachy. A jeśli grasz w szachy, to wiesz: wygrywa nie ten, kto jest silniejszy, tylko ten, kto widzi dalej.

 

Dlatego Kobe był tak niebezpieczny. Bo on nie tylko był fizycznym potworem – on był intelektualnym mordercą. Łączył ciało i umysł w jedną broń. Mógł przewidzieć twój ruch, zanim jeszcze sam wiedziałeś, że go wykonasz.

 

I to jest lekcja Black Mamby: jeśli chcesz naprawdę dominować, musisz wyjść poza mięśnie. Musisz trenować głowę. Musisz kochać detale, bo to one robią różnicę między graczem, który reaguje – a graczem, który kontroluje całą planszę. Te detale, a przede wszystkim twoje podejście do detali, to nic innego jak twoja POSTAWA. Postawa, z której wynika właśnie wynik. William James powiedział jasno : “To nasza postawa na początku czegoś trudnego, bardziej niż cokolwiek innego, wpłynie na pomyślny wynik.” A jeśli chcesz wreszcie postawić na siebie i przestać się leczyć, a zacząć się tworzyć – wszelkie tajniki i narzędzia znajdziesz w moim programie “Postaw(a) na siebie – przestań się leczyć, zacznij się tworzyć”,

 

Kobe nie grał meczu. Kobe pisał jego scenariusz.

 

„Mój mental zmieniał się w zależności od tego, w jaki sposób zamierzałem się przygotować do danego meczu. Jeśli chciałem się podjarać, słuchałem ciężkiej muzyki. Jeśli chciałem się uspokoić, słuchałem tej samej płyty z muzyką filmową, którą puszczałem sobie w liceum, żeby powrócić myślami do tamtych chwil i miejsc.

Chodziło o to, żeby osiągnąć stan, w którym powinienem być przed danym meczem. Niektóre wymagały większej intensywności, więc musiałem wtedy wprawić swój umysł w bardziej ożywiony tryb. Przed innymi meczami musiałem się uspokoić. Wtedy nie słuchałem muzyki. Zdarzało się nawet, że siedziałem w absolutnej ciszy.

Ale najważniejsze było to, żeby zyskać świadomość tego, jak się czujesz i jak powinieneś się czuć. Wszystko zaczyna się od samoświadomości.”

 

Kobe mówił wprost: moje przygotowanie mentalne było uzależnione od tego, jak potrafiłem pokierować swoim umysłem. Zauważ różnicę – on nie pozwalał, żeby to emocje nim kierowały. To on sterował emocjami. Większość ludzi jest odwrotnie – czują strach, ekscytację, rozproszenie i próbują je tłumić albo ignorować. Kobe traktował to jak instrument. Jeśli trzeba było się rozpalić – odpalał ciężką muzykę. Jeśli trzeba było się wyciszyć – wracał do dźwięków, które kojarzyły mu się z liceum, z początkiem drogi. A czasem najlepszym narzędziem była cisza. Absolutna, mordercza cisza.

 

To pokazuje, że Mamba Mentality nie polega na tym, żeby być cały czas na 200%. To jest bycie w odpowiednim stanie na odpowiedni moment. I to wymaga brutalnej samoświadomości. Kobe wiedział, że klucz to nie tylko technika, nie tylko przygotowane ciało – ale wiedza o tym, jak działa jego własny system nerwowy. Wiedział, kiedy potrzebuje ognia, a kiedy lodu.

 

W psychologii nazywa się to regulacją emocji. Ale Kobe poszedł dalej – on zrobił z tego broń. To nie było: „radzę sobie ze stresem”. To było: „steruję swoim stanem jak przełącznikiem”. Złość, ekscytacja, spokój, skupienie – on świadomie wybierał tryb, zamiast liczyć, że emocje same się ułożą.

 

I tu znowu pasuje Grover. Cleaner nie czeka, aż poczuje się gotowy. Cleaner sam stwarza warunki, żeby być gotowym. Coolers i Closers liczą na rutynę, na muzykę, na otoczkę. Cleaner wykorzystuje to, ale nigdy nie jest od tego uzależniony. On ma świadomość, jak się czuje i jak powinien się czuć – a potem doprowadza się do tego stanu.

 

Najważniejsza lekcja? Wszystko zaczyna się od samoświadomości. Jeśli nie wiesz, co naprawdę czujesz – jesteś marionetką swoich emocji. Jeśli wiesz – możesz nimi kierować. A jeśli potrafisz nimi kierować, jak Kobe, wtedy cały świat staje się twoim boiskiem.

 

To nie jest motywacja. To jest kontrola. A kontrola to potęga, bo przypomnij sobie, co mówił Chris Hyat – “Celem każdego celu jest chęć zwiększenia kontroli (lub jej utrzymania).”

 

„Jeśli chcesz być w czymś naprawdę wybitny, musi ci na tym naprawdę zależeć. Jeśli chcesz być w czymś naprawdę wybitny, musisz mieć na tym punkcie obsesję. Wielu ludzi twierdzi, że chcieliby być wybitni, ale nie są gotowi na poświęcenia niezbędne, żeby osiągnąć wielkość. Marzą sobie o inne rzeczy – czasem ważne, czasem nie – i rozdrabniają się na drobne. I to też jest w porządku, bo wielkość nie jest przeznaczona dla każdego.

Chcę przez to powiedzieć tyle, że wielkość osiągnąć jest niezmiernie trudno. Wymaga to mnóstwa czasu i wielu poświęceń. Musisz też dokonywać wielu trudnych wyborów. I ludzie, których kochasz, też powinni być gotowi na poświęcenia, więc twój najbliższy krąg rodziny i przyjaciół musi być dla ciebie wyrozumiały.

(…) Nie da się osiągnąć wielkości, podążając prostą drogą.

Szanujcie tych, którzy osiągają wielkość, ale szanujcie też tych, którzy się za nią uganiają, choć pozostaje nieuchwytna.”

 

Kobe mówił jasno: jeśli chcesz być naprawdę wybitny, musisz mieć obsesję. Nie hobby, nie „pasję”, nie zajawkę na chwilę – obsesję. To słowo jest kluczem. Bo obsesja oznacza, że podporządkowujesz temu wszystko. I tu właśnie zaczynają się trudne wybory.

 

Większość ludzi mówi: „chcę być wielki”. Ale kiedy przychodzi moment zapłaty – długie godziny, samotność, rezygnacja z wygód – wtedy zaczyna się wycofywanie. Chcieliby być na szczycie, ale równocześnie chcą scrollować feed, pić piwo z kumplami, mieć luz, weekendy wolne i święty spokój. To nie działa. Kobe rozumiał, że wielkość nie jest dla wszystkich. Bo wielkość to obsesja, a obsesja kosztuje.

 

I to nie tylko ciebie. To także twoich bliskich. Rodzina, przyjaciele – muszą być gotowi, że czasem wybierzesz salę treningową zamiast kolacji. Że czasem twoja głowa będzie w meczu, a nie w rozmowie. To cena, której wiele osób nie rozumie. A jeszcze mniej osób jest gotowych zapłacić.

 

Kobe nazywa to tańcem – między obsesją a równowagą. Bo jeśli przesadzisz w jedną stronę, rozwalisz relacje, jeśli w drugą – rozwalisz swoje ambicje. Dlatego wielkość nigdy nie jest prostą linią. To ciągła korekta kursu, ciągłe balansowanie na granicy.

 

I teraz kontrast. Przeciętny gracz NBA mówi: „chcę mistrzostwa”, ale równocześnie pilnuje, żeby się nie przepracować, żeby życie było „w miarę normalne”. Cleaner w ujęciu Grovera – czyli Kobe – nie ma planu B. Cleaner nie myśli o równowadze jako o bezpieczeństwie, tylko jako o narzędziu do utrzymania formy obsesji. Dla niego praca, poświęcenie, odrzucanie łatwych dróg – to była norma.

 

A jak to wygląda u zwykłych ludzi? Większość chce wszystkiego naraz. Wielkości i komfortu. Ekstremalnych wyników i Netflixa wieczorem. Mentalności Mamby i codziennej wygody. A to jest największa iluzja naszych czasów. Kobe mówi jasno: nie da się osiągnąć wielkości, podążając prostą drogą. Nie da się mieć wszystkiego. Jeśli wybierasz wielkość – wybierasz trud.

 

I dlatego trzeba szanować nie tylko tych, którzy ją osiągnęli, ale także tych, którzy autentycznie się za nią uganiają – nawet jeśli im się nie uda. Bo to są ci, którzy naprawdę rozumieją cenę.

 

Kobe mówi tu coś brutalnego, ale prawdziwego: wielkość nie jest przeznaczona dla każdego. I może właśnie dlatego tak cholernie wiele znaczy.

 

„Tylko ja i kosz, parkiet i moja wyobraźnia, marzenia. Jest coś magicznego w przebywaniu w wielkiej hali, kiedy nie ma tam nikogo innego. Osiągam wtedy stan przypominający nirwanę i przygotowujący mnie to do meczu. Kiedy wybiegałem z tunelu, a kibice krzyczeli i było bardzo głośno, hałas wcale nie robił na mnie aż takiego wrażenia. Mentalnie byłem w stanie zapamiętać panujący tu wcześniej spokój i utrzymać go przy sobie.”

 

Kobe mówi: tylko ja i kosz, parkiet i moja wyobraźnia. To jest esencja – w pustej hali tworzył swoje własne królestwo. Cisza, spokój, samotność – i on, który buduje scenariusz meczu, zanim ten w ogóle się wydarzył. Dla niego to było jak nirwana. Nie religijna, ale sportowa – stan, w którym człowiek i narzędzie stapiają się w jedno.

 

I co najważniejsze: Kobe ten stan umiał potem przenieść do realnego piekła. Kiedy wychodził z tunelu, tłum szalał, ryczały tysiące gardeł, chaos dźwięku rozsadzał halę. Ale on nie tracił kontroli. Bo w głowie miał zakotwiczony tamten spokój z pustej hali. To jest właśnie mistrzostwo mentalne – nie chodzi o to, żeby chaosu nie było. Chodzi o to, żeby chaos nie miał na ciebie wpływu.

 

Większość zawodników żywi się energią tłumu, albo się nią dusi. Jedni pompują się krzykiem kibiców, inni się spalają. Kobe? On robił coś innego – wchodził w grę z własnym stanem, który sam sobie zaprogramował wcześniej. Wybrał spokój, wybrał ciszę – i niósł ją ze sobą jak tarczę.

 

I tu znowu różnica między nim a przeciętnym graczem… i przeciętnym człowiekiem. Dziś ludzie panicznie szukają ciszy, bo cały czas toną w hałasie – social media, powiadomienia, bodźce. A kiedy już ją mają, nie wiedzą, co z nią zrobić. Kobe był odwrotnie. On w ciszy odnajdywał źródło siły i potem wnosił je w środek największego wrzasku.

 

Grover napisał w „Nieustępliwym”: Cleaner nie czeka, aż warunki się uspokoją. Cleaner tworzy swój własny klimat i w nim funkcjonuje, bez względu na otoczenie. I właśnie to robił Kobe. Pusta hala była jego laboratorium. Tam znajdował spokój, który później wynosił na arenę, gdzie inni wariowali.

 

To jest lekcja Black Mamby: jeśli nie potrafisz zbudować własnej ciszy – zginiesz w hałasie. Jeśli nie masz swojego wewnętrznego spokoju – świat ci go nie da. Kobe udowodnił, że prawdziwa siła nie bierze się z dopingu tłumu, tylko z tego, co umiesz utrzymać w środku, kiedy wokół ciebie wszystko płonie.

 

„Nigdy się nie zastanawiałem nad swoimi codziennymi przygotowaniami. Nie chodziło o decyzję, czy ćwiczyć, czy nie. Jeśli chciałem zagrać, było oczywiste, że muszę to zrobić, więc po prostu się pojawiałem i trenowałem.

Moje rutynowe ćwiczenia były ogromnie męczące. Odbywały się także wcześnie rano i trwały do późnego wieczoru – rozciąganie się, podnoszenie ciężarów, ćwiczenia fizyczne, rzuty do kosza, odzyskiwanie sił i analiza nagrań wideo. Wymagały mnóstwa pracy i zajmowały mnóstwo czasu. I było to – nie kłamię – naprawdę męczące.

Z tego powodu wielu koszykarzy redukuje swoje ćwiczenia fizyczne i pracę na siłowni podczas trwania sezonu. Próbują zachować w ten sposób więcej energii. Ze mną było inaczej. Odkryłem, że owszem, kiedy robi się to dzień po dniu, bywa to wyczerpujące, ale jednocześnie jestem dzięki temu silniejszy i lepiej przygotowany do najtrudniejszych momentów w sezonie i play-offach.

Zdarzało się, że w rezultacie byłem tak zmęczony, że w pewnym momencie w trakcie dnia potrzebowałem krótkiej drzemki. (…) Zawsze czułem, że te krótkie piętnastominutowe drzemki dodawały mi energii, której potrzebowałem, żeby zaliczyć występ na najwyższym poziomie.”

 

Kobe nigdy nie zadawał sobie pytania: „trenować czy nie trenować?”. To nie był dylemat. To była oczywistość. Chcesz grać? To kurwa trenujesz. Kropka. On nie negocjował ze sobą. I to jest moment, w którym większość odpada – bo przeciętny człowiek codziennie prowadzi ze sobą te śmieszne, żałosne dialogi: „może dziś odpuszczę, bo jestem zmęczony… może jutro, bo dzisiaj pada deszcz… może za godzinę, bo teraz nie mam nastroju”.
I w tym czasie Kobe już miał zrobione dwa treningi.

 

On cisnął tak, że aż bolało. Ciężary, setki rzutów, analiza wideo, powtarzalna harówa dzień po dniu. To nie było seksi, to nie było inspirujące – to było męczące jak skurwysyn. I on to wiedział. Ale rozumiał coś, czego większość nie kuma – właśnie to codzienne męczenie się robi z ciebie maszynę. W play-offach, w finałach, kiedy inni się łamią, on stał wyprostowany, bo jego ciało i głowa były już zahartowane w piekle.

 

Słuchaj mnie teraz dobrze. Ty prawdopodobnie też próbujesz oszczędzać energię. Jak większość ludzi – jak większość graczy. Myślisz, że jak odpoczniesz, jak odpuścisz, to będziesz miał siłę, kiedy przyjdzie moment prawdy. Gówno prawda. To właśnie wtedy pękasz, bo nie jesteś przygotowany. Kobe wiedział, że siłę buduje się w bólu i zmęczeniu, a nie w wygodnym fotelu.

 

Czy był wykończony? Oczywiście. Padał na pysk. I co robił? Brał drzemkę. Piętnaście minut i wracał do roboty. To była jego regeneracja. Krótka, szybka, po coś. A nie całe wieczory scrollowania, Netflixa i udawania, że to odpoczynek. To jest różnica między regeneracją a rozpierdolem czasu. Wniosek? Kobe nadawał sens cierpieniu, które odczuwał, i które towarzyszyło mu tylko codziennie. Wiedział jaką cenę płaci i potrafił nadać sens. Odnośnie cierpienia.. Poświęciłem “cierpieniu” cały rozdział w swojej nowej książce, która już niebawem będzie miała premierę i która dosadnie przedstawi Ci cały ten dzisiejszy bullshit odnośnie “szczęścia” i braku cierpienia, które jest pewnikiem, a ty je i tak wypierasz przez co tylko finalnie je pogłębiasz..

Wracając..

 

Tu wchodzi Grover. Cleaner – czyli ten, kto naprawdę dominuje – nie pyta siebie, czy coś zrobić. Cleaner po prostu to robi. Coolers i Closers gadają o planach, Cleaner ma już plan wykonany. Kobe był tym Cleanerem. I teraz ja pytam ciebie: ty kim jesteś? Tym, który negocjuje ze sobą, czy tym, który po prostu się pojawia i robi robotę?

 

Bo powiem ci jedno: jeśli dalej będziesz się ze sobą pierdolił w negocjacjach, to nigdy nie wejdziesz na poziom Black Mamby. Nigdy. Wielkość nie rodzi się z gadania, z inspiracyjnych cytatów na Instagramie, tylko z tego, że codziennie, bez dyskusji, dowozisz to, co trzeba.

 

Po prostu to kurwa zrób.

 

„To był drugi mecz Finałów NBA w 2000 roku – najgorsze skręcenie kostki w całej mojej karierze. Sam musiałem znaleźć sposób na to, żeby kontynuować grę. Wiedziałem, co będę w stanie zrobić, a czego nie, w którą stronę będę w stanie skręcić i z jaką siłą. Kiedy już to ustaliłem, musiałem tylko w odpowiedni sposób zmienić styl gry, dopasować go do nowych ograniczeń i nadal dominować na parkiecie.

Żeby móc to zrobić, pomimo kontuzji, musiałem zachować kontrolę i sam dyktować sobie, w którą stronę mogę pójść z piłką i jak powinienem grać. Musiałem, choćby na jednej sprawnej kostce, utrzymać przewagę na parkiecie i nie pozwolić obronie rywali, żeby zmusiła mnie do czegoś, czego nie chciałem zrobić. To było najważniejsze wtedy i potem już zawsze.”

 

Kontrola, kontrola, kontrola – o tym też przeczytasz dosadnie i zbyt subtelnie w mojej książce już niebawem.

 

To był drugi mecz Finałów w 2000 roku. Kobe skręcił kostkę tak, że większość ludzi nie wstałaby z łóżka przez tydzień. A on? On znalazł sposób, żeby grać dalej. I to nie byle jak – tylko tak, żeby wciąż dominować.

 

Zauważ, co tu się dzieje. Normalny człowiek – ba, normalny gracz NBA – w tym momencie zwala winę na kontuzję. „Nie mogłem zagrać, bo byłem ograniczony”. Kobe? On nie pozwolił, żeby ból dyktował mu, co zrobi. To on sam dyktował warunki – nawet, jeśli miał do dyspozycji tylko jedną sprawną kostkę.

 

To jest właśnie różnica między byciem ofiarą a byciem kontrolerem gry. On nie udawał, że jest zdrowy. Nie zaprzeczał bólowi. On go wliczył do równania i zmienił styl gry tak, żeby wciąż być panem sytuacji. I to jest lekcja, którą możesz wziąć dla siebie: nie chodzi o to, czy masz idealne warunki. Chodzi o to, czy potrafisz tak dostosować swój styl, żeby wciąż dominować – nawet, kiedy jesteś poobijany, zajechany, wkurwiony czy nie w formie.

 

Słuchaj – w życiu zawsze będzie coś. Zawsze. Złamana relacja, kłopot w pracy, zmęczenie, kontuzja psychiczna albo fizyczna. Ludzie wtedy siadają i mówią: „nie mogłem, bo…”. Kobe robił odwrotnie. Mówił: „tak, mam przeszkodę, i co z tego?”. I naginał grę do siebie.

 

To jest definicja Cleanera w rozumieniu Tima Grovera. Cooler odpadłby. Closer próbowałby ugrać coś bezpiecznie. Cleaner? Cleaner dyktuje warunki, nawet jak ma jedną nogę. Bo przewaga to nie kwestia stanu zdrowia, tylko mentalności.

 

I tu pytanie do ciebie: ile razy w życiu odpuściłeś, bo było ciężko? Bo coś bolało, bo nie miałeś pełni sił, bo „okoliczności nie sprzyjały”? Ile razy dałeś się zmusić otoczeniu do czegoś, czego nie chciałeś zrobić – tylko dlatego, że nie miałeś kontroli?

 

Kobe pokazuje ci prosto w twarz: ból jest realny, ale nie musi tobą rządzić. Ty decydujesz, co zrobisz. Możesz płakać, że nie masz idealnych warunków, albo możesz, kurwa, znaleźć sposób, by dalej dominować.

 

To, że masz skręconą kostkę – to nie jest koniec. To jest test.

 

„Wydarzyło się to zaraz po tym, jak doznałem kontuzji palca 11 grudnia 2009 roku. Gary mnie badał i próbował ocenić, jak ciężka jest kontuzja. Zaraz potem wróciliśmy do hali, zrobiliśmy prześwietlenie i Gary powiedział mi, że palec jest złamany.
– Dobra, jasne, spoko, a teraz pozwólcie mi wrócić do gry – odpowiedziałem.
Gary spojrzał na mnie jak na wariata. Zapytałem go, czy będzie lepiej. Odpowiedział, że nie. – No właśnie, nic nie możemy z tym zrobić, gorzej już też nie będzie, więc mi go zatejpuj i jedziemy.

Założyliśmy na palec szynę, która działała jak gips. A potem obwiązywaliśmy całość gąbczastą elastyczną taśmą. Kiedy piłka uderzała w palec, cały czas sprawiała mi fizyczny ból. Ale mentalnie czułem, że jestem zabezpieczony, że ból jest częściowo absorbowany, a z pozostałym jestem w stanie grać.

A potem powtarzaliśmy to za każdym razem. Podczas rozgrzewki, na treningach, w trakcie meczów. Za każdym razem.”

 

11 grudnia 2009. Złamany palec. Lekarz mówi: „Kobe, to jest złamane”. Normalny człowiek w tym momencie zaczyna kalkulować – pauza, rehabilitacja, czekanie aż się zagoi. Kobe? On tylko pyta: „Czy będzie lepiej?” Odpowiedź: „Nie.” Więc jego reakcja była prosta: „No to zajebcie mi to taśmą i gramy dalej.”

 

To jest cała jego filozofia. Jeśli nie możesz czegoś naprawić, to przestań nad tym płakać i zacznij grać pomimo tego. Zero negocjacji, zero litości dla siebie.

 

I teraz, posłuchaj – to nie jest heroiczna gadka w stylu „ignore the pain”. To jest chirurgicznie zimne podejście: palec złamany, nie będzie lepiej, gorzej też nie. Czy mogę grać mimo tego? Tak. Więc gramy. To jest logika Cleanera w najczystszej postaci.

 

Pomyśl o tym, jak działa 99% ludzi dzisiaj. Złamany palec? To już wymówka na miesiące. Ból? To powód, żeby się zatrzymać. Drobne przeszkody? Powód, żeby odpuścić. A Kobe? On wiedział, że ból będzie obecny zawsze. Ból to nie wyjątek. Ból to norma. Pytanie brzmi: czy potrafisz funkcjonować mimo bólu i wciąż dowozić?

 

Zauważ też, co on tu zrobił psychologicznie. Zabezpieczył palec taśmą i mentalnie ustawił się tak, że to wystarczy. Nie chodzi o to, żeby nie bolało. Chodzi o to, żeby ból nie dyktował twoich decyzji. Ból jest tłem, a nie scenariuszem.

 

I właśnie to odróżnia przeciętniaka od Mamby. Zwykły gracz daje się zatrzymać, bo boli. Kobe grał tak, jakby ból był kolejnym przeciwnikiem, którego trzeba ograć. On nie czekał na idealne warunki. On robił robotę w warunkach, jakie miał.

 

I teraz zastanów się: ile razy ty odkładasz coś ważnego, bo „nie jest idealnie”? Bo masz gorszy dzień, bo boli głowa, bo coś cię rozprasza. Kobe pokazuje ci tu prawdę tak brutalną, że ciężko ją przełknąć: idealnych warunków nie będzie nigdy. Albo grasz mimo bólu, albo nie grasz wcale.

 

Za każdym razem – tak jak on powtarzał to na treningach, na rozgrzewkach, w meczach – za każdym razem masz wybór. Albo robisz robotę, choć boli. Albo siedzisz i czekasz na cud, który nigdy nie nadejdzie.

 

„Przed kontuzją ścięgna Achillesa zastanawiałem się nad swoją karierą. Czułem, że moje ciało zaczyna już odczuwać zmęczenie, i wiedziałem, że zegar tyka. Kiedy doznałem kontuzji, potraktowałem ją jako nowe wyzwanie. Ludzie twierdzili, że nie będę w stanie wrócić do gry, ale ja wiedziałem, że nie pozwolę na to, by coś takiego mnie pokonało. Nie zamierzałem pozwolić kontuzji na to, żeby wyznaczyła datę zakończenia mojej kariery.

Ja sam zamierzałem ustalić tę datę. To wtedy podjąłem decyzję, że wejdę na ten szczyt.”

 

Wyobraź sobie sytuację: zerwane ścięgno Achillesa. To dla większości sportowców wyrok. Game over. Zgaszone światła, koniec bajki. Wszyscy wtedy patrzą na ciebie i mówią: „no, to już po nim”. I większość ludzi faktycznie by się poddała. Ale nie Kobe.

 

On potraktował to jak kolejne wyzwanie. Posłuchaj – nie negował bólu, nie udawał, że nie ma problemu. Ale powiedział jasno: „to nie kontuzja zdecyduje, kiedy skończę. Ja zdecyduję.” To jest różnica fundamentalna. Zwykły człowiek pozwala, żeby okoliczności pisały scenariusz jego życia. Kobe pisał go sam.

 

To jest ta brutalna prawda: życie zawsze będzie próbowało zamknąć ci drzwi. Kontuzja, wypalenie, kryzys, problemy osobiste – zawsze coś. Ale pytanie brzmi: kto tu podejmuje decyzję? Ty czy okoliczności? Kobe nie pozwolił, żeby Achilles wyznaczył datę jego końca. To on sam wybrał moment, w którym odejdzie.

 

I tu pojawia się coś, co Tim Grover nazywa Cleaner mentality. Cooler godzi się z losem. Closer próbuje coś ugrać w ramach warunków. A Cleaner? Cleaner ustala warunki. Nawet jeśli ciało mu się rozpada, mentalnie to on mówi: „dopóki ja nie powiem, że to koniec – to nie jest koniec”.

 

Popatrz teraz na swoje życie. Ile razy już pogrzebałeś jakieś marzenie, bo „tak wyszło”? Bo coś się zjebało, bo miałeś przeszkodę, bo pojawił się ból, którego się nie spodziewałeś? Kobe pokazuje ci najważniejszą rzecz: dopóki to ty nie powiesz, że to koniec – to nie jest koniec.

 

I to nie jest motywacyjna gadka. To jest decyzja. Brutalna, bezlitosna decyzja. On mógł wtedy zejść ze sceny, mieć wymówkę, że to kontuzja go zatrzymała. Ludzie by zrozumieli. Ale dla niego to byłby policzek. Bo oznaczałoby to oddanie kontroli.

 

A kontrola to była jego religia. On sam zamierzał ustalić datę. On sam chciał wejść na szczyt. I to zrobił.

 

„Kiedy byłem młody, skupiałem się tylko na jednym. Wizerunek, wizerunek, wizerunek. Kiedy nabrałem doświadczenia, zrozumiałem, że niezależnie od tego, co się wydarzy, ludzie albo będą, albo nie będą cię lubić. A zatem musisz być sobą i pozwolić im lubić albo nie lubić cię za to, kim naprawdę jesteś. Od tamtej chwili zacząłem odpowiadać na wszystkie pytania szczerze i bezpośrednio. Starałem się to też łączyć z humorem i sarkazmem. I myślę, że kibice i dziennikarze zaczęli to doceniać. No i zaczęli doceniać prawdziwego mnie.”

 

Kobe przyznaje: kiedy był młody, miał obsesję na punkcie wizerunku. Wizerunek, wizerunek, wizerunek. Brzmi znajomo? Bo dzisiaj większość ludzi dokładnie tak żyje. Instagram, TikTok, social media – wszystko to jest jebane przedstawienie. Ludzie bardziej dbają o to, jak wyglądają w oczach innych, niż o to, kim naprawdę są.

 

Kobe też w to wpadł. Ale w pewnym momencie zrozumiał coś, co większość z nas kuma dopiero po latach – albo nigdy. Że niezależnie od tego, co zrobisz, ludzie będą mieli swoje zdanie. Jedni będą cię uwielbiać, inni nienawidzić. Nie masz nad tym kontroli. I dlatego jedyne, co ci zostaje, to być sobą. Prawdziwym sobą. Bez kalkulacji, bez fałszu.

 

Od tamtej chwili Kobe zaczął odpowiadać wprost. Bez ściemy. Nie próbował się podlizywać dziennikarzom ani kibicom. Zaczął mówić szczerze, a czasem z humorem, sarkazmem, ale zawsze autentycznie. I co się okazało? Ludzie zaczęli go naprawdę doceniać. Bo ludzie mogą nie lubić prawdy, mogą się wściekać – ale głęboko w środku zawsze ją respektują.

 

I teraz pytanie do ciebie: ilu ludziom w życiu pozwalasz decydować o tym, kim jesteś? Ile energii wpierdalasz w to, żeby wyglądać dobrze w oczach innych? A ile w to, żeby być naprawdę sobą – nawet jeśli ktoś cię za to znienawidzi?

 

Grover mówił w „Nieustępliwym”: Cleaner nie żyje dla aprobaty. Cleaner nie szuka lajków. Cleaner robi swoje i nie obchodzi go, kto to kupi. Kobe był takim Cleanerem – w końcu odciął się od gry pozorów. I wtedy paradoksalnie zaczął dostawać więcej szacunku, niż kiedy udawał.

 

Bo ludzie szanują tych, którzy grają w otwarte karty. Nawet jeśli cię nienawidzą – szanują. A to zawsze jest lepsze niż być kochanym za maskę, którą założyłeś.

 

To jest lekcja Black Mamby: przestań napierdalać się o wizerunek. Przestań się zastanawiać, kto cię polubi, a kto nie. Bądź sobą – i niech inni zdecydują, czy im to pasuje. A jeśli nie – to ich problem.

 

„Najważniejszą rzeczą, o jakiej dyskutowaliśmy z LeBronem, było to, co sprawia, że ma się mentalność zabójcy. Przyglądał się temu, jak podchodziłem do każdego treningu, a ja bez przerwy rzucałem wyzwanie – jemu i reszcie chłopaków.

Pamiętam, że w pierwszej połowie jednego z meczów graliśmy beznadziejnie. W przerwie wszedłem do szatni i zapytałem chłopaków – w słowach nie nadających się do powtórzenia publicznie – co wy, do cholery, wyprawiacie. W drugiej połowie LeBron odpowiedział na to we wspaniały sposób – wyszedł na parkiet z nastawieniem na totalną dominację. I potem już zawsze zachowywał się jak przywódca.”

 

Mentalność zabójcy pośrednio oznacza oswojenie demona, a szerzej o twoich demonach i jak z nich czerpać mówię w swoim programie “Oswój demona – ujarzmij swoją mroczną stronę”.

 

Kobe opowiada o rozmowach z LeBronem. Najważniejsza rzecz, o której gadali, to mentalność zabójcy. Nie technika. Nie forma. Nie to, jak szybko biegasz albo jak wysoko skaczesz. Mentalność zabójcy.

 

Zauważ – LeBron patrzył na to, jak Kobe podchodził do każdego treningu. Bez kompromisów, bez odpuszczania. Każdy dzień to było wyzwanie rzucone innym. Kobe mówił wprost: „albo idziecie ze mną na tym poziomie, albo się wypierdalacie”. On sam narzucał standard. I to nie słowami, tylko pracą.

 

Jest taka scena – grali słabo, bez życia. W przerwie Kobe wchodzi do szatni i wali prosto z mostu: „co wy, do cholery, wyprawiacie?” Bez cenzury, bez owijania w bawełnę. I co zrobił LeBron? Wyszedł na drugą połowę z nastawieniem na totalną dominację. I od tego momentu zaczął się zachowywać jak lider.

 

I tu jest ukryte piękno. Lider nie jest tym, kto opowiada bajki o motywacji. Lider to ten, kto wyciąga z innych coś, czego sami w sobie jeszcze nie widzą. Kobe zmusił LeBrona, żeby odpalił tryb zabójcy. To nie był coaching. To była konfrontacja. Brutalna, bez filtra, dokładnie taka, jakiej trzeba w świecie, gdzie gra toczy się o najwyższą stawkę.

 

I teraz zastanów się: ilu ludzi wokół ciebie rzuca ci takie wyzwania? Ilu jest gotowych spojrzeć ci w oczy i powiedzieć: „co ty, kurwa, robisz? Dlaczego grasz poniżej swojego potencjału?”. Większość się boi. Bo nie chcą cię urazić, nie chcą konfliktu. A prawda jest taka, że jeśli nikt cię nie ciśnie, to nigdy nie odkryjesz swojego maksimum.

 

Grover mówił: Cleaner nie inspiruje słowami. Cleaner inspiruje standardem. A kiedy trzeba – rozpierdoli cię jednym pytaniem, które cię obnaży. Kobe właśnie taki był. On sprawił, że LeBron – już wtedy wielki – wskoczył na jeszcze wyższy poziom. I od tamtej pory zachowywał się jak przywódca.

 

To jest mentalność zabójcy. Albo sam ją masz, albo ktoś ci ją brutalnie odpali. Ale bez tego nigdy nie wejdziesz do tej ligi, o której marzysz.

 

„Z początku myślałem, że sformułowanie Mentalność Mamby będzie tylko chwytliwym hashtagiem, którym będę się posługiwał na Twitterze. Czymś błyskotliwym i zapadającym w pamięć. Ale to był tylko początek i dziś to określenie symbolizuje coś znacznie większego.

Właściwy sposób myślenia nie polega wcale na tym, żeby walczyć o wynik – chodzi raczej o proces, który do tego wyniku prowadzi. Chodzi o podróż, którą trzeba przebyć, i o nastawienie. To sposób życia. I naprawdę uważam, że to ważne, by przy wszystkich staraniach mieć takie podejście.

Za każdym razem, kiedy słyszę, jak jakiś elitarny koszykarz z uniwersytetu albo zawodnik NBA, albo prezes jakiejś firmy znajdującej się na liście 500 największych przedsiębiorstw według magazynu Fortune wspomina o #MambaMentality, bardzo wiele to dla mnie znaczy. Gdy słyszę, jak ludzie mówią, że to ich zainspirowało, czuję, że cała moja ciężka praca, przelany pot, wszystkie te pobudki o trzeciej nad ranem – że wszystko to miało sens. Dlatego też wydałem tę książkę. Na wszystkich tych stronach zawarte są lekcje – nie tylko lekcje koszykówki, ale także Mentalności Mamby.”

 

Na początku Kobe myślał, że Mentalność Mamby to tylko hasztag. Coś fajnego, chwytliwego, co można wrzucić na Twittera. Ale szybko okazało się, że to jest coś znacznie większego. To stało się filozofią. Sposobem życia.

 

I tu jest clue: mentalność Mamby nie polega na tym, żeby wygrać mecz, zdobyć tytuł, osiągnąć wynik. To tylko efekt uboczny. Sedno tkwi w procesie. W codziennej podróży, w tym, co robisz dzień po dniu, w nastawieniu, które budujesz. Kobe mówi jasno – to nie wynik cię definiuje, tylko to, kim się stajesz w drodze do wyniku.

 

Zauważ, że właśnie to rezonuje dzisiaj tak mocno. Nie tylko w koszykówce. Ludzie w biznesie, prezesi z listy Fortune 500, atleci z uczelni, młodzi zawodnicy – wszyscy używają hasztagu #MambaMentality. Dlaczego? Bo czują, że to coś więcej niż sport. To archetyp. Archetyp kogoś, kto jest gotów przelać pot, kto wstaje o trzeciej nad ranem, kto przechodzi przez ból i monotonię – a potem używa tego jako paliwa, żeby wejść na swój szczyt.

 

I teraz zastanów się: ilu ludzi naprawdę rozumie ten mindset? Bo większość traktuje go jak slogan. Jak modny napis na koszulce: „Mamba Mentality”. Ale prawdziwe znaczenie jest brutalnie proste – to proces. To setki godzin roboty, której nikt nie widzi. To wybory, których nikt nie docenia. To praca, której nie wynagradza nikt poza tobą samym.

 

Grover pisał, że Cleaner nie żyje trofeami, tylko standardem. I właśnie tym była Mentalność Mamby. Standardem, który trzymałeś niezależnie od tego, czy ktoś patrzył, czy nie. Niezależnie od tego, czy był aplauz, czy cisza.

 

I wiesz, co jest najpiękniejsze? Że to zaczęło żyć własnym życiem. Kobe mówi: kiedy słyszę, jak ludzie używają tego hasła, wiem, że te wszystkie lata – pot, kontuzje, pobudki o trzeciej nad ranem – miały sens. Bo Mentalność Mamby to nie jego historia. To uniwersalne narzędzie, które każdy może wziąć i użyć.

 

Ale uwaga – to nie jest modne motto. To nie jest hasztag. To zobowiązanie. Bo jeśli powiesz o sobie, że masz Mamba Mentality, to lepiej, żeby twoje czyny to udowodniły. Bo w tej filozofii nie ma miejsca na pustą gadkę. Albo ciśniesz proces, albo się nie liczysz.

 

„Nigdy nie odczuwałem presji z zewnątrz. Wiedziałem, co chcę osiągnąć, i wiedziałem, jak wiele potrzeba pracy, żeby te cele zrealizować. Wziąłem się więc ostro do roboty i zaufałem sobie.

Poza tym oczekiwania, które sam miałem wobec siebie, i tak były wyższe od tego, czego mógłby ode mnie oczekiwać ktokolwiek inny.”

 

Presja. Słowo, które dla większości ludzi brzmi jak wyrok. „Nie wytrzymam presji, za duże oczekiwania, wszyscy na mnie patrzą…” – znasz to, prawda? Ale Kobe powiedział coś, co rozpierdala to myślenie w pył: „Nigdy nie czułem presji z zewnątrz”.

 

Dlaczego? Bo jego własne oczekiwania wobec siebie zawsze były wyższe niż to, czego ktokolwiek mógł od niego żądać. Publiczność? Media? Trener? Kibice? – oni nie byli w stanie narzucić mu poprzeczki wyżej, niż on sam ją sobie ustawił.

 

I teraz zobacz – większość ludzi ucieka od presji, Kobe ją wchłaniał. Ale nie wchłaniał tej zewnętrznej, bo ona jest iluzją. Presja z zewnątrz istnieje tylko wtedy, jeśli sam w nią uwierzysz. On nie wierzył. On miał własny, wewnętrzny standard – i to był killer.

To jest sedno bycia przerabiaczem, tym, o czym mówił Grover – Cleaner nie reaguje na oczekiwania świata. Cleaner ustawia własne. I ustawia je tak wysoko, że inni nawet nie mają odwagi pomyśleć o takim poziomie.

 

I tu jest lekcja dla ciebie: jeśli czujesz, że presja cię zjada, to znaczy, że grasz nie swoją grę. Że żyjesz pod czyjeś oczekiwania. Że boisz się, co powiedzą inni. A prawda jest brutalnie prosta – dopóki nie postawisz przed sobą standardów, które przebijają wszystko dookoła, zawsze będziesz niewolnikiem cudzych oczekiwań.

 

Kobe nigdy nie był. I dlatego był zabójcą na parkiecie.

 

“Ludzie bardzo się podniecają ważnymi rzutami. Tyle że taki rzut to tylko jeden rzut. Jeśli oddajesz tysiące rzutów dziennie, jest to jeden z tysiąca rzutów. A jeśli często trafiasz, to cóż, oznacza to jeden celny rzut więcej. Od samego początku tak właśnie wyglądało moje nastawienie.

Ten konkretny rzut to był trójka, która doprowadziła do remisu w Finałach NBA. Niezależnie od tego, co miało się wydarzyć, musiałem dostać w tamtej akcji piłkę. Wiedziałem, że obrona będzie mnie próbowała zatrzymać, ale nie miało to żadnego znaczenia. Zamierzałem zrobić to, co musiałem wtedy zrobić, żeby zdobyć punkty. Kiedy już nasz piłkę, musisz wiedzieć, kto cię kryje. I musisz nie tylko to wiedzieć, musisz wiedzieć – a ja wiedziałem, jaką strategię w obronie wybierze Rip Hamilton. Rip był świetny w najistotniejszych aspektach koszykówki i wiadomo było, że będzie przeciwko mnie bronił na serio. Nie robił więc, poza tym, co powinien robić, a to zazwyczaj wystarcza. Ale nie w moim przypadku. To, że ktoś broni przeciwko mnie na serio, nie było w stanie mnie powstrzymać.

Zmierzłem go więc wzrokiem, zachowałem w myślach wszystkie potrzebne informacje i zmusiłem go, żeby zrobił to, co chciałem, żeby zrobił. Poszedłem z piłką na skrzydło, wykonałem zwód, po czym wyskoczyłem w górę, wiedząc, że będzie w stanie przeciwstawić się temu, jedynie wyciągając ręce wysoko w górę. A wtedy wiadomo już było, że albo trafię, albo nie.

Byliśmy wtedy całkiem dobrze rozstawieni. Nawet jeśli ktoś chciałby pomóc Ripowi, nie byłby w stanie tego zrobić. Byliśmy rozłożeni po całym parkiecie i zadbaliśmy o to, żeby potencjalna pomoc w obronie znajdowała się bardzo daleko. Zanim się zorientowali, mój rzut, oddany po szybko rozegranej akcji, znajdował się już w powietrzu.

Ostatnią rzeczą, jaką możecie zauważyć na zdjęciu, jest to, jak wysoko się znajduję. I to też nie wydarzyło się przypadkiem. To była końcówka meczu, w Finałach, a ja byłem w stanie wyskoczyć aż tak wysoko, bo byłem w świetnej formie. To mała rzecz, ale robi wielką różnicę.”

 

„Wielki rzut to tylko kolejny rzut.”

 

To zdanie brzmi prosto, ale niesie całą filozofię Kobe’ego. Ludzie widzą highlighty, widzą te momenty w Finałach i myślą: „Wow, magia!”. A dla niego? Rutyna. Jeśli oddajesz tysiące rzutów dziennie, to finałowa trójka nie jest żadnym świętym graalem – to po prostu kolejny z tysięcy rzutów.

 

I tu właśnie leży różnica między amatorami a killerami. Przeciętny gracz w takiej chwili spina się, bo to „najważniejszy moment”. Kobe nie pompował tego w głowie. Jego mindset: „Robię swoje. Trafi albo nie, ale decyzja została podjęta zanim piłka opuściła rękę.”

 

Zwróć uwagę, jak on analizował tę akcję. Wiedział, że Rip Hamilton będzie go krył i dokładnie przewidział jego zachowania. To nie był chaos. To była szachownica. Zmierzył go wzrokiem, zmusił do ruchu, którego chciał, i odpalił swój rzut. W tym momencie cała presja znika, zostaje czysta mechanika – setki powtórzeń wylane na treningach i warunkowanie warunkowania. 

 

I jeszcze jeden detal: forma. Na zdjęciu z tej akcji widać, jak wysoko wyskoczył. Końcówka meczu, finały NBA, a on ma w nogach tyle dynamitu, że wygląda jakby dopiero wszedł z rozgrzewki. To właśnie różni wielkich od dobrych. Nie talent. Nie szczęście. Forma wypracowana w nocy, kiedy nikt nie patrzył.

 

To jest lekcja: nie mitologizuj momentów. Jeśli robisz swoje tylko codziennie, na pełnej intensywności, to finałowa akcja w twoim życiu będzie wyglądać dokładnie tak samo jak setki powtórzeń wcześniej. A wtedy możesz powiedzieć, tak jak Kobe: „Wielki rzut? To tylko kolejny rzut.” Tak działają WYMIATACZE.

 

„Oczywiście wiedziałem, że jestem silniejszy od Reggiego Millera. Nie wiem, czy znajdowało się to w mojej głowie, ale na pewno czułem, że jestem większym zabijaką. Wchodziłem pod kosz, nie bałem się atakować. Kiedy wchodzi się w ten sposób pod kosz, wykorzystuje się nie tylko ręce, ale całe ciało. Wykorzystuje się je po to, żeby oddzielić się od rywali. Niejednokrotnie, w przypadku wielu rywali, to obrońca staje się atakującym, a atakujący się temu poddaje. Ale ja nigdy nie zachowywałem się w ten sposób. Kiedy wchodziłem pod kosz, to ja byłem atakującym i to nie ja ryzykowałem, że złapię kontuzję, to oni mogli ją złapać. Niezależnie od tego, czy nazywasz się Reggie, czy Shaq – ja zawsze wchodzę pod kosz ostro i sprawiam, że dwa razy się zastanowisz, czy na pewno chcesz stanąć mi na drodze.”

 

To jest właśnie esencja mentalności zabójcy. Kobe nie mówi tu o technice, o schematach gry, o jakimś wyuczeniu ruchów. On mówi o nastawieniu, które robi różnicę. Bo większość zawodników, gdy wbija pod kosz, kalkuluje: „Kurde, mogę złapać faul, mogę się połamać, mogę dostać blok”. I ta kalkulacja odbiera im agresję.

 

Kobe? On odwracał logikę. W jego głowie nigdy nie było: „mogę się połamać”. W jego głowie było: „to oni mogą się połamać, jeśli staną mi na drodze”. To jest odwrócenie ról – nie jesteś ofiarą presji, jesteś jej źródłem. Nie jesteś atakowanym, jesteś atakującym.

 

I to jest uniwersalna lekcja: albo wchodzisz w życie z lękiem, że coś cię uderzy, albo sam stajesz się tym, czego inni muszą się bać. Kobe wiedział, że jego siła, jego agresja, jego bezkompromisowość sprawią, że rywal dwa razy się zastanowi, zanim spróbuje wejść mu w drogę.

 

Tak samo działa to w biznesie, w sporcie, w życiu. Jak wchodzisz na salę negocjacyjną, na scenę, do projektu – to ty masz być tym, kto nadaje ton. Bo jak nie, to automatycznie oddajesz kontrolę i zaczynasz grać w czyjąś grę.

 

Kobe mówi: „ja zawsze wchodzę ostro pod kosz”. I to jest klucz. Nieważne, kto stoi naprzeciwko – Miller, Shaq, czy cały świat. On nie pyta, czy może, on nie pyta, czy warto. On wchodzi tak, że reszta musi się dostosować.

 

„Na zakończenie mojego pierwszego sezonu w NBA awansowaliśmy do Półfinałów Konferencji, w których zmierzyliśmy się z Utah. Ale w decydującym piątym meczu serii wypuściłem cztery airballe i straciliśmy szansę na mistrzostwo. Te rzuty sprawiły, że zrozumiałem, nad czym muszę najbardziej popracować – nad swoją siłą. To właśnie dały mi tamte airballe.

Nerwy nie stanowiły dla mnie w tym meczu problemu. Tyle że nie byłem wystarczająco silny, żeby dorzucić do kosza. Moje nogi były miękkie niczym spaghetti, nie radziły sobie z długim, wyczerpującym sezonem. Jak zamierzałem na to odpowiedzieć? Fundując sobie intensywny program ćwiczeń na siłowni. Przed rozpoczęciem kolejnego sezonu moje nogi i ręce stały się znacznie silniejsze, a ja byłem gotów zacząć z nową energią.

W ogóle nie martwiłem się tym, jak na mój fatalny występ zareaguje klub albo kibice. Wiedziałem, że włożę teraz mnóstwo pracy w treningi, i to właśnie zrobiłem. Właściwie to jak tylko wylądowaliśmy, od razu pojechałem do hali liceum Pacific Palisades i przez całą noc rzucałem do kosza. Następnego dnia znów tam wróciłem i ćwiczyłem. Pracowałem, pracowałem i pracowałem.

W ogóle nie myślałem sobie wtedy niczego w stylu: „O nie, już nigdy nie będę miał takiej szansy”. Czułem, jakie jest moje przeznaczenie. Czułem – a właściwie to wiedziałem – że moja przyszłość jest nieuchronna i nikt ani nic, żaden gorszy mecz czy gorsze zagranie, tego nie zmieni.”

 

To jest ten moment, który u większości ludzi złamałby psychikę. Młody zawodnik wchodzi w play-offy, pudłuje cztery razy z rzędu, cała seria leci w piach – i co dalej? Większość by się załamała, schowała w cień, myślała „spieprzyłem, koniec, nie nadaję się”. Kobe zrobił coś odwrotnego.

 

On potraktował porażkę jako rentgen własnych braków. Zamiast gadać o presji, o psychologii, o „braku szczęścia” – wskazał palcem: „to nie nerwy, to siła”. Zdiagnozował problem i od razu przeszedł do roboty. Zero użalania się, zero wymówek.

 

To jest sedno mentalności Mamby – porażka nie jest wyrokiem, jest informacją zwrotną. Kobe po meczu nie wsiadł w depresję, tylko w samochód, pojechał do hali i rzucał piłkę do kosza całą noc. Bo wiedział jedno: przyszłość jest nieuchronna, jeśli masz w sobie determinację.

 

Zauważ, że on mówi: „Czułem – a właściwie wiedziałem – że moja przyszłość jest nieuchronna i nikt ani nic, żaden gorszy mecz tego nie zmieni.” To jest brutalna wiara w siebie. On nie pozwalał, by jedno wydarzenie zdefiniowało jego karierę.

 

I to jest lekcja dla każdego z nas: nie chodzi o to, co ci się przytrafia. Chodzi o to, co z tym zrobisz. Każdy „airball” w twoim życiu to tylko informacja, gdzie jeszcze musisz dorzucić pracy.

 

„Od tego sezonu nie istniało już nic, co byłoby w stanie mnie zatrzymać – emocjonalnie, mentalnie, fizycznie czy strategicznie. Skoro już osiągnąłem ten poziom, nie było niczego – no, może poza odebraniem mi zdrowia – co ktokolwiek mógłby w kolejnych latach zrobić, żeby mnie spowolnić. W tamtej chwili chodziło tylko o to, żeby Lakers wsparli mnie wystarczającą porcją talentu, żebyśmy mogli walczyć o mistrzostwo.

Myślę, że niektórzy mogą mieć trudności z utrzymaniem koncentracji po osiągnięciu szczytu. Ale nie ja. Nigdy nie miałem dość. Zawsze chciałem być jeszcze lepszy i pragnąłem więcej. Nie potrafię tego wytłumaczyć, może poza tym, że choć uwielbiałem koszykówkę, miałem strasznie krótką pamięć. A to napędzało mnie codziennie, aż do dnia, w którym odwiesiłem buty na kołek.”

 

To jest jeden z tych fragmentów, które pokazują obsesję. Kobe osiągnął poziom, na którym praktycznie nikt nie był w stanie go zatrzymać. Normalny człowiek – nawet sportowiec – w takiej sytuacji zwalnia, bo czuje, że już „jest na szczycie”. Ale nie Kobe. On sam mówi: „Nigdy nie miałem dość. Zawsze chciałem być jeszcze lepszy i pragnąłem więcej.”

 

I teraz spójrz – jego sekretem była „krótka pamięć”. On nie żył tym, co było wczoraj. Nie kolekcjonował sukcesów jak medali do gabloty. Dla niego każdy dzień był od nowa walką o progres. Wygrał finały? Fajnie, ale jutro znowu hala, znowu trening, znowu praca.

 

To jest różnica między dobrym a wielkim. Dobrzy osiągają cel i świętują. Wielcy osiągają cel i pytają: „co dalej?”

 

Dla ludzi z zewnątrz to często wygląda jak obsesja, wręcz szaleństwo – bo jak to, gość wygrywa mistrzostwa i dalej jest głodny? Ale właśnie to odróżnia zwykłych zawodników od przerabiaczy, domykaczy i wymiataczy, o których pisze Tim Grover.

 

Mięso? Jeśli chcesz być naprawdę nie do zatrzymania, musisz wyhodować w sobie ten głód. Głód, który nie gaśnie po pierwszym sukcesie. Głód, który każe ci codziennie wychodzić na parkiet swojego życia i pytać: „Jak mogę być dzisiaj lepszy niż wczoraj?”

 

„To, jak dobrze znasz mnie i moje umiejętności koszykarskie, nie ma znaczenia. Nie ma znaczenia to, że gramy przeciwko sobie od lat, albo nawet to, że przez jakiś czas byliśmy kolegami z drużyny. Nic ci nie pomoże w tym, żeby mnie skutecznie pokryć.

Być może wiesz, w którym kierunku wolałbym pójść. Ale ostatecznie i tak nie ma to znaczenia, bo równie łatwo mogę pójść w przeciwną stronę. Być może wydaje ci się, że znasz moje tempo, że czujesz mój rytm, tyle że czegoś takiego nie ma. Zawsze przywiązywałem wagę do tego, żeby tak dostosowywać tempo swojego ataku, by móc urwać się obrońcom. W gruncie rzeczy im więcej wiedziałeś na temat tego, jak gram, tym trudniej tak naprawdę było ci mnie pokryć.

Kiedy studiujesz materiały wideo i obserwujesz detale podczas treningów, możesz zwrócić uwagę na jakiś niuans albo słabość. W sumie sam przecież bez przerwy analizowałem swoich kolegów z drużyny i rywali. Uczyłem się tego, jak słowo grają, jak bardzo są wytrwali i raz na jakiś czas udawało mi się zidentyfikować jakieś słabości. Zapisywałem to sobie w pamięci i miałem nadzieję, że mi się przyda, gdy już przyjdzie nam kiedyś zagrać przeciwko sobie.

Podczas wakacji też to robiłem, podobnie jak w trakcie zgrupowań reprezentacji narodowej. W szczególności bez przerwy prowokowałem LeBrona i KD, nabijałem się z ich braków w grze pod koszem.

Ale muszę im przyznać, że bardzo ten element gry w koszykówkę rozwinęli i dziś rada już sobie pod koszem bez najmniejszych problemów.

To, co różni największych koszykarzy od koszykarzy wybitnych, to umiejętność samooceny, diagnozowania swoich słabości i zamieniania ich w siłę.”

 

To jest mistrzostwo w czystej postaci – Kobe nie tylko znał swoje mocne strony, ale obsesyjnie analizował swoje słabości. Nie udawał, że ich nie ma. Nie chował ich pod dywan. On je obnażał – najpierw przed sobą, potem przed światem. I zamiast pozwolić, żeby były jego ograniczeniem, zamieniał je w broń.

 

Większość ludzi robi odwrotnie. Boją się spojrzeć w lustro, boją się nazwać rzeczy po imieniu: „jestem za wolny, mam słabe nogi, brakuje mi siły, brak mi dyscypliny”. Kobe brał te niedostatki, patrzył im w oczy i mówił: „Dobra, to właśnie nad tym będę pracować. Aż w końcu zrobię z tego swoją przewagę.”

 

Widzisz różnicę?

  • przerabiacz ucieka od swoich wad.
  • domykacz je maskuje.
  • wymiatacz bierze je na warsztat i robi z nich coś, co przeraża rywali.

I to jest clue „Mamba Mentality”. Nie chodzi o perfekcję od początku. Chodzi o brutalną szczerość wobec siebie. Jeśli jesteś w stanie nazwać swoje słabości i potraktować je jak projekt do poprawy – jesteś już o kilka kroków dalej niż 90% ludzi, którzy całe życie spędzają na ich ukrywaniu.

 

Widzisz… cała ta mentalność Mamby, to nie są frazesy, to nie są złote myśli z Instagrama. To jest sposób życia. Kobe w kółko powtarzał – presja nie istnieje, bo największe oczekiwania miał wobec siebie. Każdy rzut był tylko kolejnym rzutem. Każdy mecz – kolejną okazją do roboty. A każda porażka – nie tragedią, tylko wskazówką, gdzie trzeba przycisnąć mocniej.

 

I to jest lekcja, którą możesz zajebać do swojego życia tu i teraz. Nie ważne, czy prowadzisz firmę, czy idziesz na siłkę, czy walczysz ze swoimi demonami – Twoja robota to Twoja odpowiedzialność. Nie świat, nie trener, nie okoliczności. Ty. Albo bierzesz to na klatę, albo zostajesz statystą we własnym życiu.

 

Kobe miał obsesję. Nie szukał motywacji – bo motywacja jest dla turystów. On miał dyscyplinę, rytuał, mentalność zabójcy. I dokładnie tego Ci potrzeba – żeby codziennie odpalać się na pełnej kurwie, nawet jeśli nikomu innemu już się nie chce.

 

Więc teraz masz wybór. Możesz to wyłączyć, wzruszyć ramionami i dalej żyć byle jak. Ale jeśli cokolwiek w Tobie właśnie drgnęło – jeśli poczułeś, że to jest moment, żeby coś pierdolnąć na poważnie – to wiesz, co masz robić.

 

Mamba Mentality to nie inspiracja. To wybór – albo wstajesz, oddychasz i robisz, albo “nie marnuj tlenu..”

 

To był, Bartłomiej Florek – oproblemachinaczej.pl

Hall of Fame

Mateusz "Don Diego" Kubiszyn - 3 krotny Mistrz Świata K1, Gromda Champion
"Jestem człowiekiem wielozadaniowym i mam na głowie sporo obowiązków: praca strażaka, prowadzenie działalności gospodarczej oraz dodatkowo uprawiam sport zawodowy (sporty walki). Natłok obowiązków, towarzyszący temu stres powodowały narastające zmęczenie i zaniedbywanie obowiązków. Współpraca z Bartkiem polegała przede wszystkim na nauce efektywnego odpoczynku i regeneracji podczas popołudniowych drzemek. Już od pierwszej sesji poczułem różnicę, nauczyłem się zasypiać szybko (co wydłużyło całkowity czas snu) i widzę poprawę w efektywności moich działań w życiu codziennym."
Sprawdź
Dawid Malczyński - YouTuber i Biznesmen
"Mega profesjonalista, z indywidualnym podejściem! Pracowaliśmy razem 3 miesiące i po każdej sesji czułem olbrzymią poprawę swojego mentalu! Polecam z całego serca!"
Sprawdź
Katarzyna Jakubowska - Rekordzistka Guinnessa i Mistrzyni Polski
"Bartłomiej Florek to osoba z niewiarygodnym doświadczeniem! Bartek przygotowywał mnie mentalnie do Rekordu Guinnessa w kontakcie całego ciała z lodem. Miałam kilka sesji autohipnozy. Podczas ustanawiania rekordu byliśmy w kontakcie telefonicznym. Kiedy gasło mi słoneczko Bartek przywracał mi jego blask. To niesamowita osoba działająca cuda. Mój rekord jest również rekordem Bartka! Dziękuję bardzo za pokazanie mi jak można zrobić więcej niż nam się wydaje."
Sprawdź
Krzysztof Gąsior - Co-founder SmartLunch.pl
"Wyszedłem z naszych sesji tak naładowany energią, że moje cele boją się mnie, a nie ja ich :) Bartek nie tylko otworzył mi oczy, ale i kopnął w tyłek – w najlepszym możliwym sensie. Polecam każdemu kto chce działać."
Sprawdź
Przemysław
"Pisałem wcześniej już kilkukrotnie do Ciebie w sprawie porad i problemów ale teraz przychodzę nie z problemem a z podziękowaniem, ponieważ zdrowieje, moja relacja z samym sobą zaczyna zdrowieć. Zacząłem się tworzyć na nowo dzięki Twoim filmom, autohipnozom, rozmowy przez telefon którą odbyliśmy chyba z 2 lata temu, którą sam zaproponowałeś wtedy, takie szybkie 15 minut darmo. Zacząłem zauważać, że to nie otoczenie było i jest problemem ale to ja byłem problemem a dokładniej mówiąc, to moje myśli były problemem, to one mnie blokowały i były w mojej głowie przez wiele lat. Dotarło do mnie, że sam fakt, że doświadczałem przemocy psychicznej oraz emocjonalnej od własnych rodziców, którzy byli toksyczni sprawiło, że te myśli i blokady były w głowie ale już nie jestem od bardzo dawna tym małym dzieckiem, tym małym chłopcem, który się boi tego wszystkiego co mu rodzice robili i nie ma to już znaczenia obecnie. Wystawiam się na to z czym dotychczas miałem problemy, czy to reakcję ciała poprzez drżenie w określonych sytuacjach, czy to określone sytuację w których się znajduję i mnie triggerują to ja robię na przekór i działam mimo to. To jest to o czym niejednokrotnie mówiłeś, ekspozycja na dyskomfort itd, to kurwa działa w praktyce serio. Byłem tak podekscytowany samą myślą o tym, że doszedłem do pewnych przemyśleń, dzięki którym zrozumiałem bardzo wiele rzeczy, które obecnie ułatwią mi funkcjonowanie codzienne, że wziąłem i zacząłem pisać do Ciebie tego e-maila z podziękowaniem i jestem mega wdzięczny za robotę którą robisz 🔥💪🏻 bo gdybym na Ciebie nie natrafił to nie wiadomo co by było."
Sprawdź
Krzysztof Chodakowski - Doradca Ubezpieczeniowy UK
"Zaczynam rozumieć" - czyli krótka recenzja co przyniósł mi mentoring z Bartkiem. Zrozumiałem, że większość problemów - kreujemy sami lub wyolbrzymiam je bardziej niż to potrzebne. Moje podejście do życia całkowicie się zmieniło, a na problemy zacząłem reagować śmiechem lub "challenge accepted" niż złością i obwinianiem się - jak to było dotychczas. Po pierwszej rozmowie z Bartkiem zainspirowałem się. Po drugiej obudziłem, a po trzeciej utwierdziłem, że nie ma elixiru na szczęście - i tylko my sami decydujemy czy będziemy szczęśliwi czy nie. Niby to wiemy, a problem jest w tym - że tak naprawdę szczerze w to nie wierzymy. Na początku obawiałem się, że tylko sobie luźno rozmawiamy o wszystkim i niczym, ale latając z Bartkiem po tematach od mojego biznesu po moje życie prywatne - wszystko jak puzzle zaczęło łączyć się w całość. Myślałem, że otrzymam jakieś "rady i wskazówki" co i jak... lecz najlepsze w tym mentoring'u było to, że doszedłem do wszystkiego sam... czyli zgaduję, że taki niecny plan na mnie był uknuty od początku. PS. Do hipnozy podchodziłem z lekkim uśmiechem i mało poważnie... ale po pytaniu od znajomego po sesji z Bartkiem: " Ty jesteś jakiś zahipnotyzowany? " w czasie bardzo stresowej i trudnej sytuacji pomyślałem " chyba działa ".
Sprawdź
Paweł Kaczmarczyk - Druga Strona Medalu
"Świetne podejście do klienta, dobranie narzędzi do pracy i potencjalnych rozwiązań problemów. Dzięki Bartkowi dowiedziałem się, że narcyzm nie musi być wadą i można używać go mądrze!"
Sprawdź
Łukasz Szpunar - 4x Rekordzista Guinnessa
„Jeśli chodzi o rozwój osobisty, przerabiałem wiele technik i programów, których jest mnóstwo na rynku. Czasem wszystkiego jest tak dużo, że ciężko wybrać to, co będzie dla Ciebie najskuteczniejsze. Tak właśnie było w moim przypadku. Już od pierwszej sesji u Bartka, wiedziałem że dobrze trafiłem, bo wybrał dla mnie narzędzia, które będą najbardziej skuteczne w tym, co chce osiągnąć... A praca z moją podświadomością podczas transu hipnotycznego, była dopełnieniem tego, czego potrzebowałem. Uprawiam bardzo świeży i ciężki sport jakim jest morsowanie wyczynowe. Polega to na spędzeniu jak największej ilości czasu w balii z wodą i lodem, która ma zbliżoną temperaturę 0 stopni. Mój wynik zależy od mojej silnej woli, ale również bariery bezpieczeństwa. Bo gdy temperatura ciała spadnie za nisko, to udział w tym momencie się kończy. Muszę tak pokierować swoim organizmem, by w tym dyskomforcie znalazeźć komfort i wtedy temperatura się utrzyma, a mój organizm będzie pracował jak szwajcarski zegarek. Ćwiczenia pracy nad umysłem oraz hipnoza, pozwoliła mi osiągnąć rewelacyjny czas 4 godzin. A Bartek jest jednym z ojców tego sukcesu. Polecam serdecznie. Jest to jeden z najlepszych trenerów mentalnych w Polsce jakich poznałem.”
Sprawdź
Wiktoria Pleśniak - 5x Mistrzyni MMA Polska 2024/25
"Współpracę z Bartkiem zaczęłam dość niedawno, natomiast już widzę efekty naszych spotkań. Z jego pomocą udało mi się wywalczyć 2 złote medale na Mistrzostwach Polski No Gi oraz 10-tych Mistrzostwach Mma Polska. Profesjonalne podejście, skuteczne metody dzięki którym możemy osiągać niesamowite rezultaty. Naprawdę polecam każdemu, kto poszukuje wsparcia w procesie samorozwoju i osiągania celów! :)"
Sprawdź
Waldemar Piotrowski - Prezes Zarządu JOBFORME
"Szkolenie biznesowe obejmujące zagadnienia marketingu, odporności na stres, zarządzania czasem oraz radzenia sobie z wyzwaniami oceniamy bardzo pozytywnie. Było ono nie tylko merytoryczne, ale również dostosowane do potrzeb naszego kilkunastoosobowego zespołu. Bartek wykazał się profesjonalnym podejściem, świetnie angażując uczestników i tworząc atmosferę sprzyjającą nauce oraz otwartej dyskusji. Przekazana wiedza była praktyczna i oparta na konkretnych przykładach, co ułatwia jej zastosowanie w codziennej pracy. Szczególnie doceniliśmy sposób prowadzenia warsztatów – były one dynamiczne, interaktywne i dostarczały wielu inspiracji. Całość przebiegła sprawnie, a program szkolenia został zrealizowany w ciekawy i przemyślany sposób. Jesteśmy bardzo zadowoleni z efektów, a zdobyte umiejętności na pewno przełożą się na jeszcze lepsze wyniki w naszej działalności. Polecamy to szkolenie każdemu, kto chce rozwijać swój zespół w obszarze kluczowych kompetencji biznesowych."
Sprawdź
Maciej Nowak - Wiceprezes MTM
"Bartłomiej, znany mi bardziej jako „Łysy Magik”, to człowiek o niesamowitej cierpliwości i wyjątkowej zdolności czytania ludzi. Już po pierwszych chwilach naszej znajomości wiedziałem, że mogę mu zaufać. To właśnie ta intuicja i profesjonalizm sprawiły, że poczułem się pewnie, wiedząc, że wszystko, czym się z nim dzielę, zostanie między nami. Do tej pory miałem przekonanie, że ludzie zajmujący się takimi tematami ograniczają się do słuchania, by potem wystawić rachunek i zapisać na kolejną wizytę. Bartek pokazuje, że można to robić inaczej. To człowiek godny zaufania, który nie tylko wskazuje właściwą drogę, ale przede wszystkim daje „wędkę” – to od nas zależy, jak ją wykorzystamy. Jeśli ktoś zastanawia się nad wyborem osoby, która będzie prawdziwym przewodnikiem, a nie tylko „profesjonalistą z wysokim cennikiem”, polecam Bartka z całego serca. To człowiek, który zaangażowaniem i troską wyprzedza wielu – nawet po godzinach potrafi zapytać, jak się czuję, lub rzucić zdanie, które rozważam potem przez cały dzień."
Sprawdź
Oskar Poźniak - Mistrz Polski MMA 2023
"Współpracuje z Bartkiem już od dłuższego czasu i od tego momentu realizuje wszystkie swoje cele w 100%! Bartek z jego hipnozą oraz rozpisywaną przez niego dietą, okazał się ostatnim niezbędnym elementem w moich przygotowaniach. Podczas naszej współpracy stoczyłem 7 walk, z czego wygrałem wszystkie i podczas tego procesu zdobyłem tytuł Mistrza Polski. Pozytywne skutki naszej współpracy da się również odczuć w życiu codziennym -  większą pewność siebie, samodyscyplina czy kontrola nad emocjami. Dzięki Bartek jeszcze raz i serdecznie polecam tego gościa!"
Sprawdź
Szymon Ostrowski - MMA Fighter
"Hipnoterapia u Bartka była strzałem w dziesiątkę, jeśli chodzi o zmniejszenie stresu przed zawodami i walkami. Już po pierwszej sesji zauważyłem, że czuję się dużo spokojniejszy, bardziej opanowany i pewniejszy siebie. Pomogło mi to nie tylko lepiej radzić sobie z presją, ale też skupić się na swoich celach i rozwoju aby osiągać lepsze wyniki. Co ważne, zawsze mogę liczyć na pełne wsparcie ze strony Bartka, zarówno w trudniejszych chwilach, jak i wtedy, kiedy wszystko idzie zgodnie z planem – jest to niesamowicie przydatne i motywujące. Dzięki hipnoterapii z Bartkiem nauczyłem się lepiej radzić sobie z wyzwaniami w sporcie, dodatkowo wyciągać z życia jeszcze więcej, a wiedza która została mi przekazana zostanie ze mną na długo. Serdecznie polecam każdemu."
Sprawdź
Krystian Zupa - Profesjonalny jeździec, Menadżer stadnin koni
"Bartek ma profesjonalne podejście do klienta i świetny kontakt. Jest otwarty i holistycznie podchodzi do problemów. Stara się zrozumieć i doradzić, a nie wygłaszać tezy bez poparcia. Praca z nim już od pierwszego spotkania zmienia punkt widzenia i wrzuca myślenie na nowe tory."
Sprawdź
Mariusz - Lider Branży Stomatologicznej
"Bartka znam od pół roku. Zaczęliśmy od hipnozy, a potem przeszliśmy do pracy nad moim nastawieniem do biznesu i mogę szczerze powiedzieć, że odkąd poznałem Bartka, moje życie zmieniło się na lepsze. Zmiana o 300%. Obecnie pracujemy dużo nad moim mentalem. Bartek potrafi w ciągu godziny szybko zdiagnozować co, komu dolega i podpowiedzieć różne praktyczne rozwiązania. Polecam z całego serca."
Sprawdź
Arkadiusz Kaszuba - Low-kick World Champ / Pro MMA Fighter
"Podejście mentalne do życia i sportu jest bardzo ważne. Wszystko zaczyna i kończy się w naszej głowie. Praca nad mentalem i ciałem? Tylko u tego Gościa. Wspólnie robiliśmy mój limit wagowy przed EFM 2."
Sprawdź
Bartosz Rewera - Pro MMA Fighter
"Nie sądziłem, że hipnoza może być tak skuteczna i mimo, że pracujemy nad rzeczami związanymi z moim podejściem do walk, to rykoszetem dostaję chociażby moja samokontrola i podejście do życia. Pracujemy razem również na płaszczyźnie dietetycznej. Robienie wagi nigdy nie było tak proste."
Sprawdź
Łukasz Smarzyński - Bokser
"Należę do ludzi dla których doba jest o wiele za krótka. Dwunastogodzinna zmiana nad grillem, po 22 trening, a każdą wolną chwilę staram się poświęcić rodzinie i efektem tego jest przemęczenie, które w oczywisty sposób odbierało mi chęci do dalszej pracy, co skutkowało moim zaangażowaniem na 50% i brakiem progresu, a wręcz spadkiem wszelkich wyników. Ok. pół roku temu rozpocząłem współpracę z Bartłomiejem Florkiem, początkowo bardzo sceptycznie i z lekkim uśmiechem podchodziłem do tematu hipnozy jednak po namyśle stwierdziłem „co mi tam" I spróbowałem. Bartek okazał się naprawdę spoko gościem, który bardzo chętnie odpowiedział na wszelkie pytania, a także dopytał o wszystko nad czym chciałabym pracować. No i się zaczęło, po wstępie rozpoczęliśmy pierwszą sesję hipnotyczną w ciągu ok. godziny w bardzo przyjemnym stanie głębokiej relaksacji rozpocząłem pracę nad tym co chciałbym zmienić w swoim boksie, a efekty odczułem już w kolejnej walce. Warto spróbować."
Sprawdź
Daniel Bastrzyk
"Cześć Bartek, jeszcze raz chcę ci podziękować, widzę coraz więcej pozytywnych zmian, wygrałem z prokrastynacją, dodatkowo stałem się konfliktowy, z cichego chłopca do bicia stałem się gościem który nie ma problemu powiedzieć, nie, będzie pomojemu, to mi nie pasuje, lub spierdalaj, nie mam problemu z wywoływanie konfliktów gdy ktoś przekracza moje granice lub mnie nie szanuje, i nie dlatego że stało się to proste bo nie stało nadal jest stresujące ale mam to w dupie bo albo strach rucha cię albo ty go, stałem się dużo bardziej samo sterowny, długo by wymieniać, narazie to tylko początek bo ja się dopiero rozkręcam, Dzięki wielkie za twoją pomoc, "pozwól sobie", i "rób to tylko codziennie"
Sprawdź
Olaf Meller
"Jeśli chcesz: - Porozmawiać o swoich traumach z dzieciństwa - Przedyskutować swoje relacje z rodzicami i pozastanawiać się dlaczego jesteś taki a nie inny - Małymi krokami zacząć wyciszać swoje demony, szukać spokoju, a najlepiej znieczulenia od tego strasznego, ciężkiego życia… To poszukaj innego specjalisty ;) ALE. Jeśli chcesz dogadać się ze swoimi demonami. Umieć je wykorzystać tak żeby być na maksa skuteczny w swoim życiu. Wszystko jedno czy w sferze zawodowej czy osobistej. Jeśli chcesz czerpać z życia tyle ile się da. Omijać kompromisy i przeszkody. Pewnym siebie sięgać po swoje marzenia z uśmiechem na ustach. …To umów się na mentoring do Bartka. I lepiej się pospiesz, bo nie wiem czy w Polsce znajdziesz drugiego tak profesjonalnego i skutecznego gościa."
Sprawdź
Radosław Jasiński
"Siemanko. Muszę Ci podziękować za pracę którą wykonałeś, tak naprawdę od serca. Fajnie jest stawiać na swoim i być niezależnym, oraz nie mieć ciągle w głowie starej traumy. Jedynie szkoda że nie trafiłem do Ciebie parę lat temu. Robisz zajebistą robotę"
Sprawdź
Rafał
"20.02 odbyłem sesje, laczem video z mieszkania, która dotyczyła mojego leku przestrzennego. Bałem się tzw. dziurawej podłogi, czyli widzieć przestrzeń pod sobą. 28.02 sprawdziłem i powiem... pomogło. Wszedłem na most wiszący Blackforest Line. Z małym wsparciem kolegi i nierozglądajac się zbytnio w dół :) przeszłem i wróciłem. Nawet się nie pociłem. Wiadomo musiałem się trzymać poręczy i nie było zafajnie kiedy bujało mostem ale najważniejsze... nie czułem jak wcześniej strasznego lęku i nie miałem uczucia "zaciśniętej" klatki piersiowej. Przy końcach nawet puszczałem poręcz:) jeszcze pewnie kilka takich akcji i może będzie dobrze :)"
Sprawdź
Tomek Sornat
"Jestem zadowolony z materiałów do autohipnozy Bartka Florka. Jego podejście do procesu hipnotycznego jest niesamowicie skuteczne i inspirujące. Jego głos płynnie wprowadza mnie w podróż do głębokiego relaksu i transformacji. Materiały są pełne pozytywnej energii i motywacji. Dzięki nim mogłem odkryć nowe poziomy świadomości i zastosować hipnoterapię do własnego rozwoju i doświadczenia wewnętrznej transformacji. Jego technika skupia się na pozytywnych aspektach życia, samoulepszaniu i osiąganiu harmonii wewnętrznej. Czułem nieomal jego fizyczną obecność, wsparcie do działania po każdej sesji autohipnozy. Nagrania są skonstruowane w sposób budujący zaufanie i zapewniają bezpieczne i przyjemne doświadczenie hipnotyczne. Kto szuka sposobów na poprawę swojego samopoczucia, uwolnienie od stresu i rozwinięcie swojego potencjału znajdzie w nich nieocenioną pomoc."
Sprawdź
Kinga
"Pełen profesjonalizm. Rewelacyjny człowiek świetna współpraca. Jestem mega wdzięczna że tu trafiłam i polecam każdemu z całego serca 💜"
Sprawdź
Michał
"Polecam! Mam wrażenie , że po 3 sesjach więcej się u mnie zmieniło na lepsze niż po 2 latach psychoterapii."
Sprawdź
Krzysztof
"Podstawą do rozpoczęcia hipnozy u Bartka było jego profesjonalne podejście do zrozumienie moich traum i fobi z jakimi zmagam się od przeszło 30 lat. Wiem, że jestem ciężkim przypadkiem ale już po pierwszej hipnozie 30 letnia skała we mnie zaczęła pękać. Serdecznie polecam każdemu z małymi i dużymi problemami z którymi sobie nie radzi."
Sprawdź
Karol
"Cześć, chciałem się podzielić opinia z już drugiej sesji hipnoterapii. Swoja przygodę z samorozwojem jak i odkrywaniem siebie zacząłem parę lat temu, od psychologii, psychoterapii, cyberpsychotroniki no i hipnoterapia, jedyne co moge powiedziec wielki poklon dla Bartka. Nie potrafiłem się wysłowić po hipnoterapii tyle refleksji do mnie dotarło, zauważyłem wkoncu to czego nie widziałem przez ten cały czas..., Jest to zloty graal moich poszukiwań, ten klej który skleił te wszystkie puzzle które zbierałem przez tyle lat. Bardzo dziękuje i będę kontynuował, jest to tak potężne narzędzie a w wykonaniu Bartka jest to po prostu majstersztyk, czapki z głów, wybitny rzemieślnik swojego fachu, polecam z całego serca."
Sprawdź